Home Wydarzenia Fragment książki „Długo i szczęśliwie”

Fragment książki „Długo i szczęśliwie”

dlugoiszczesliwie

Mona pochyliła się nad kierownicą chevette i docisnęła pedał gazu, gdy samochód wspinał się po stromej linii brzegowej. Auto niemal przefrunęło nad szczytem wzgórza górującego nad Deep Haven, ale Mona nie przejmowała się zbytnio faktem, że może się nadziać na kontrolę radarową. Radośnie wbijała gaz w podłogę, bo niczym czerwony dywan rozciągało się przed nią miasteczko – miejsce, gdzie marzenia i plany snute latami staną się rzeczywistością. Wróciła po dziesięciu długich latach. Wreszcie znajdzie spokój. „Dzięki, Boże”.

 

Mona nacisnęła hamulec, kiedy wjechała w strefę ograniczenia prędkości, i ledwie wyminęła jasnowłosą babcię, która machała rękami na porannym intensywnym spacerze. Starsza kobieta spojrzała krzywo na szarżującego kierowcę. Mona uśmiechnęła się przepraszająco.
Jadąc po Main Street, uznała, że w ciągu lat Deep Haven niewiele się zmieniło. Latarnia morska na urwistym przylądku domagała się malowania, kobieta zauważyła też wiele nowych sklepów z upominkami. Zasadniczo jednak przekrój demograficzny wydawał się niezmieniony – turyści i emeryci. Zjechała z Main, trzymając się trasy wzdłuż linii brzegowej, i skierowała się do Najlepszych Pączków Świata. Pierwsze chwile po powrocie do tego skrawka nieba na ziemi spędzi, siedząc na głazie, przytrzymując kawę kolanami i wpychając słodziutkiego pączka do ust.
To był jej nastoletni smakołyk i Mona nie była jeszcze gotowa, by z niego rezygnować.
Zaparkowała przed sklepem z tanimi drobiazgami i potruchtała do Najlepszych Pączków. Wepchnęła się do zatłoczonej cukierni, stanęła w kolejce, a piętnaście minut później wyszła z przepysznym pączkiem owiniętym w zatłuszczoną serwetkę.
Mona poszła prosto ku poszarpanemu skalnemu nawisowi nad brzegiem Jeziora Górnego. Przysiadła na kamieniu i nabrała tchu głęboko, zatracając się w rześkim, pachnącym igliwiem powietrzu znad jeziora. W Deep Haven naprawdę można było zaznać spokoju. Wystarczyło, by poczuła świeży aromat lasu i usłyszała szum fal na plaży, a wspomnienie ojca wróciło jak żywe. Wreszcie mogły się ziścić sny, na które czekała już dziesięć lat. I wreszcie nic nie stało na przeszkodzie.
Mona liczyła na to, że ma smykałkę do interesów. Choć Deep Haven było ledwie punktem na mapie Minnesoty, stanowiło zarazem jedyne miejsce, gdzie mieszkańcy Minneapolis albo St. Paul mogli wygospodarować parę dni prywatności i spokoju, by odpocząć od miejskiego stresu. Jadąc te pięć godzin na północ trasą I-35, turyści ustawiali w samochodach tempomaty i zaczynali wypoczywać już w fotelu kierowcy, ciesząc oczy pięknym krajobrazem. Jakby niesione rześką bryzą znad Jeziora Górnego, auta same trafiały do maleńkiego miasteczka ukrytego wśród brzóz i klonów, sosen czerwonych i jodeł balsamicznych.
W Deep Haven mieszkało właściwie bardzo niewiele osób.
Miasto funkcjonowało jak wielkie, zamiejskie centrum handlowe, gdzie wszyscy się spotykali, by łyknąć kawy, przegryźć pączka, wymienić plotki i ponarzekać na okropieństwa życia w mieście.
Parę domów było rozsianych po wzgórzu, ale Deep Haven zniosło zezwolenia na stawianie prywatnych budynków wzdłuż linii brzegu, chyba że zgodę na budowę wyrazi miejscowa komisja planistyczna w osobie Edith Draper.
Mona wzięła łyczek kawy – czarnej, bez cukru – i podziękowała dobremu Bogu, że dał jej matce rozum, dzięki czemu zaprzyjaźniła się z Edith trzydzieści lat wcześniej. Mona zerknęła na zegarek. Za pół godziny agencja nieruchomości Chucka zostanie otwarta, a Mona odbierze klucze do swojej przyszłości. Wszystko się układało zgodnie z planem: Edith wyraziła urzędową zgodę na mieszkanie nad sklepem, Mona wpłaciła oszczędności życia w charakterze zaliczki, a jej współlokatorka Liza Beaumont zgodziła się zostać partnerką w interesach.
Kobieta patrzyła, jak światło poranka rozlewa się po wodzie i nadaje jezioru lśniący kolor indygo. Fale Jeziora Górnego obmywały brzeg ledwie kawałek od jej stóp. Jakże jej ojciec byłby zachwycony. Siedziałby przy jej boku, popijał kawę – dwie śmietanki, bez cukru – i niedojedzonym pączkiem czekoladowym wskazywał, jak mewy nurkują wśród fal. „Mona – powiedziałby – można tutaj znaleźć własny kawałek nieba, tylko trzeba mieć oczy otwarte”.
„Mam otwarte oczy, tato”. Dzielna i bezczelna mewa wylądowała tuż przy Monie i przyczłapała bliżej, kiwając białą głową i wbijając paciorkowate oczy w pączka. Mona rzuciła ciastko w stronę ptaka, który złapał je w locie. Kobieta otrzepała z cukru palce i poszła w stronę ulicy.

– Gotowa? – Chuck siedział za biurkiem w swojej flanelowej koszuli w kratę oraz sztruksowej kurtce. Wydawał się znacznie bardziej rozluźniony niż te osiem miesięcy temu. Słońce świeciło przez boczne okna, muskając jego błyszczącą głowę. Chuck miał łagodne oczy człowieka, który całe życie służył ludziom. Krzesło na kółkach zaskrzypiało, gdy się w nim rozparł.
– Tak myślę. – Mona uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę, dłonią do góry.
– Nie tak szybko. – Chuck wstał i pomasował łysiejącą głowę pulchną dłonią. – Wiem, że się cieszysz, i szczerze powiem, że z tą księgarnią to był dobry pomysł. Zdaję sobie również sprawę, ile to dla ciebie znaczy, ale chcę się upewnić, że wiesz, w co się pakujesz.
Mona opuściła dłoń.
– A w co się pakuję, Chuck?
Spojrzał jej w oczy po ojcowsku.
– Dom jest w kiepskim stanie, gorszym, niż sądziłem. Czeka cię mnóstwo pracy, jeśli chcesz zdążyć przed rozpoczęciem sezonu.
Mona wytężyła muskuły.
– Mam w sobie norweską krew!
Chuck uśmiechnął się półgębkiem.
– To fakt. Dobrze. Jeśli będzie ci potrzeba pomoc, dzwoń. – Szarpnięciem otworzył szufladę swojego metalowego biurka i pogrzebał w niej, aż znalazł długi, srebrny klucz. Podał go Monie.
Księgarnia i Kawiarnia na Progu Nieba. Mona wiedziała, że tak się będzie nazywać jej własny biznes od dnia, gdy usiadła na plaży z ojcem. Zaczytany w jakiś bestseller, podniósł oczy na łunę rozlewającą się po horyzoncie i powiedział:
– To miejsce to próg nieba.
Nie wiadomo, w jaki sposób to sformułowanie wplotło się w serce Mony i dało jej siłę podczas pogrzebu ojca oraz ostatnich dziesięciu lat.

Mona stała na szerokich schodach piętrowego, dziewiętnastowiecznego domu z drżącym sercem. Wiedziała, że to miejsce jest idealne.
Oczyma wyobraźni dokładnie wszystko widziała: na rozległej werandzie będą stać okrągłe stoliki nakryte koronkowymi obrusami, trzepoczącymi lekko na wietrze znad jeziora. Przy nich usiądzie garstka zadowolonych turystów, którzy będą raczyć się świeżo zaparzoną kawą podaną w ręcznie robionych kubkach Lizy, zajadać smakowite muffinki i czytać klasykę literatury, jaką odkryją w sklepie Mony. Dźwięki Chopina czy Brahmsa, delikatne jak szept, dobiegać będą z domu i frunąć wzdłuż ulicy, a całe Deep Haven będzie jej wdzięczne, że stworzyła u ich bram skrawek nieba.
Mona wbiegła po schodach, nucąc pod nosem. Nucenie przeszło w ostry wrzask, kiedy jej stopa zapadła się w najwyższy stopień, wskutek czego Mona się przewróciła. Po chwili usłyszała odgłos zamykanych drzwi od samochodu, a potem śmiech. Skrzywiła się.
– To dopiero miejsce! – Liza Beaumont złapała Monę pod pachami i pomogła jej wstać. – Cieszę się, że zdążyłam na oprowadzanie.
Mona zmarszczyła nos.
– To tylko jeden stopień, Lizo. Da się naprawić.
Liza wsparła dłonie na biodrach, uniosła brwi i pokiwała głową.
Przynajmniej trzymała te rubinowe usta na kłódkę.
Mona otrzepała się i podeszła do wejścia. Klucz przekręcił się w zamku. Gdy otworzyła drzwi, nad ich głowami wpadł do środka snop światła i oświetlił zakurzony korytarz. Mona zadrżała na widok wielkiej pajęczyny, która rozciągała się od poręczy schodów aż po sufit. Liza wepchnęła współlokatorkę do środka, pogwizdując z aprobatą.
Wewnątrz dom wyglądał nieco czyściej. Parkiet na podłodze zapowiadał jedwabisty, bursztynowy połysk po wypolerowaniu, a w jadalni wisiał wspaniały żyrandol, który rozpraszał światło słońca, tworząc na ścianach tęczę. Z hallu prowadziły na górę szerokie schody. W dole korytarza dwuskrzydłowe kryształowe drzwi chroniły wejście do całkiem nowoczesnej kuchni. Przynajmniej Chuck tak uważał. Wsadziwszy głowę do pomieszczenia, Mona uznała, że mężczyzna był w tym przypadku bardzo wspaniałomyślny. Chociaż może za jego czasów limonkowe kredensy i cytrynowożółte blaty kuchenne były nowoczesne…
– Nasze pokoje są na górze? – spytała Liza.
Mona obróciła się na pięcie, uśmiech na twarzy współlokatorki rozniecił nieco jej opadający entuzjazm. Pokiwała głową potakująco i wstrzymała oddech, kiedy Liza wbiegała po schodach, przeskakując co drugi stopień. Na szczęście nic się nie złamało.
Mona zawędrowała do saloniku na piętrze. Wyobrażała sobie bukiety kwiatów na dębowym kominku oraz poduszkę do siedzenia na niskim parapecie. O tam, w niszy w saloniku, zorganizuje barek kawowy, gdzie bywalcy będą mogli rozłożyć się z kubkiem mokki z pianką i przerzucać cytatami z ulubionych książek. W drugiej części domu, w salonie z tymi dwoma oknami, które wyglądają jak wrota światła, Mona rozłoży ceramikę Lizy.
Charakterystyczna, śmiała kolorystyka jej wyrobów przyciągnie klientów jak misie do miodu.
Monę przepełniało poczucie wdzięczności. Trzeba się tu będzie trochę narobić, ale ten dom był jedyną nieruchomością na wybrzeżu, jaka pojawiła się w tym roku na rynku i Monie się poszczęściło, że go zdobyła. A już niedługo, dzięki pomocy Edith przy dokumentach dotyczących planu zagospodarowania przestrzennego, dom nad jeziorem przeistoczy się w prawdziwy biznes. Jej biznes.
– Mona, chodź tu! – Liza przechyliła się przez poręcz schodów.
– Mamy własne łazienki!
– Wreszcie! – odpowiedziała Mona ze śmiechem. Wspięła się po schodach, odnotowując w pamięci, gdzie skrzypiało. Zastała Lizę rozłożoną na kudłatym, pomarańczowym dywanie w głównej sypialni.
– Co ty robisz? – Mona oparła się o ramę drzwi balkonowych i założyła ręce na piersi.
– Marzę o meblach – westchnęła Liza. Współlokatorka Mony wyglądała, jak przystało na księżniczkę z Indii Francuskich; rozsypujące się czarne włosy, złote, migoczące w słońcu koła w uszach i kurtka ze sztucznej skóry w kolorze fuksji przypominająca lśniące królewskie szaty. Mona pokręciła głową żartobliwie i uśmiechnęła się.
W drugim pokoju na piętrze były dwa okna mansardowe, wychodzące na pochyły dach werandy. Każde z nich miało siedzenie we wnęce.
– To mój pokój – stwierdziła Mona z zachwytem. Liza zajrzała do środka.
– Jesteś pewna? Ten drugi jest większy.
– Tak, ale ten drugi jest połączony z łazienką – to się przyda, jak będziesz musiała zmywać z siebie całą tę glinę. – Mona zmarszczyła nos z niesmakiem. Liza zmrużyła oczy, udając podejrzliwość.
– Po prostu nie chcesz sprzątać tego gigantycznego nacieku, który znalazłam pod umywalką.
Wieczorem, kiedy brzozy rzucały cienie na pozbawione mebli sypialnie, Mona i Liza kuliły się w śpiworach i katalogowały straty w ich nowym domu.
– Dwie szyby w oknach rozbite, zlew w kuchni przecieka, na suficie w jadalni jest ten wielki naciek, a podłoga pod lodówką przegniła – wymieniła Mona. Liza opuściła głowę na złożone ręce i ciągnęła głosem stłumionym przez fałdy miękkiego nakrycia:
– Zepsuty stopień w schodach przy wejściu, trzy przegniłe deski na werandzie, dwa bezużyteczne gniazdka w salonie. Zauważyłaś, że drzwi od mojej łazienki się nie domykają?
W odpowiedzi Mona tylko jęknęła.
– Ale – Liza uniosła głowę jak pajacyk wyskakujący z pudełka – większość tych problemów to kosmetyka, a to dobrze. A z resztą sobie poradzimy. – Opadła na plecy. – Mam nadzieję, że umiesz obsłużyć młotek, bo ja zamierzam malować!
Mona wyszczerzyła zęby w uśmiechu w kierunku pajęczyny na suficie i starała się nie myśleć, że pająk mrugnął do niej porozumiewawczo w odpowiedzi. Sześć tygodni do otwarcia. Sześć tygodni, by przerobić, pomalować, umeblować i poskładać jej marzenie do kupy.
Ale będzie dobrze. Żeby zmienić dom w Próg Nieba, trzeba będzie tylko trochę posprzątać.

Dwa dni później Mona miała ochotę oskarżyć Chucka, że sprzedał jej dziewiętnastowieczny budynek pochodzący z miejsca zdecydowanie na południe od nieba. Dwie żaluzje odpadły, kolejny stopień pękł, kiedy wnoszono przemysłowy piec, a wokół nacieku w jadalni popękał tynk. Liza, gdy to zauważyła, wyleciała z pokoju z krzykiem, jak kurka z bajki o końcu świata:
– Niebo się wali!
Chwilę później cały ten fragment sufitu nie wytrzymał i na podłogę posypał się przegniły tynk.
Jakby tego było mało, Mona stworzyła w kuchni mini-gejzer, kiedy zdjęła nakrętkę z kurka, próbując naprawić cieknący kran.
Udało się zapobiec powodzi kitem, ale wyglądało to w najlepszym wypadku prowizorycznie.
Wówczas Liza wbiła ostatni gwóźdź do trumny.
– Dostałaś mandat za złe parkowanie, nieszczęsna koleżanko. – Rzuciła Monie druczek. Poszybował w stronę stóp kobiety, a ona wdeptała go w podłogę z desek.
Tego wieczoru, gdy słońce ześlizgiwało się za lśniące platyną jezioro, Mona siedziała na werandzie i piła swoją pierwszą porządną kawę. Obok, w pogniecionej torebce z cukierni, leżał przemoczony, zimny, niedojedzony pączek. Kiepska kolacja. Liza przyniosła wcześniej do domu mrożoną pizzę, a teraz leżała zawinięta w śpiwór jak mumia. Być może jutro dojadą meble i będą mogły spać we własnych pokojach, a nie na dywanie w kolorze dyni.
Mona popijała kawę powoli, rozważając konieczne naprawy oraz czas pozostały do otwarcia. Jak fala Jeziora Górnego napłynęło zniechęcenie. „Panie, tak bardzo chciałam zbudować idealne miejsce. Takie, gdzie ludzie mogliby się cieszyć prostymi przyjemnościami”. Zacisnęła powieki i przełknęła gulę wzbierającą w ściśniętym gardle. „Ja tylko chcę zrobić coś dobrego i trwałego”.
Próg Nieba wydawał się takim świetnym pomysłem – niemal namaszczonym przez Pana. Ten cel pozwalał jej wytrwać i przeć do przodu w niejednej bezmyślnej pracy. Warto było nawet przewracać hamburgery podczas studiów, póki w perspektywie było jej Niebo. A teraz jedyna, podarowana przez Boga szansa wymyka się jej z rąk. „Proszę, Panie, pomóż jeszcze trochę”.
Mona odstawiła kubek koło pomiętej torebki z ciastkiem i przykryła twarz rękoma.

Joe Michaels pogładził wgniecioną maskę forda pickupa. Lakier był w dobrym stanie, poza paroma skorodowanymi punktami w nadkolach, a czarna, winylowa deska rozdzielcza lśniła jak kawałek onyksu.
– Dobra bryka – rzucił sprzedawca w niedopasowanej tweedowej marynarce i z kucykiem. Wyglądał i pachniał, jakby spędził kilkadziesiąt lat pod maską hot roda, a do tego palił coś podłego.
Joe się skrzywił.
– Królowa piękności to nie jest, ale silnik wydaje się czysty i szumi jak złoto. Ile?
– Trzy koła.
– Za tego rzęcha?
Sprzedawca się wycofał, unosząc dłoń, jakby chciał odepchnąć ten komentarz.
– Dobra, dobra. Dwa i pół.
Joe wpatrzył się w ziemię i kopnął kamyk zakurzonym butem.
Nie chodziło o pieniądze, chciał się tylko trochę potargować.
– A może dwa?
Sprzedawca zareagował, jakby go ktoś postrzelił.
– Dobijasz mnie, stary – zrobił znaczącą pauzę. Joe wiedział, że sprzedawca miał nadzieję, iż się wycofa, ale Joe nie ustępował. Były inne komisy samochodowe, a on nie potrzebował niczego konkretnego. Miał jedynie ochotę zmienić tempo. – No dobra – sapnął w końcu sprzedawca. – Chyba muszę go już opchnąć. Wejdź do środka, podpiszemy papiery.
Joe stłumił uśmiech. Uwielbiał wygrywać.
Przypieczętowali interes w zrujnowanej przyczepie. Joe wyjął nowiutkie studolarówki z wytartego portfela i położył je teatralnie na wypłowiałym biurku. Sprzedawca wręczył mu kluczyki.
– Nie dociskaj gazu, łatwo przyśpiesza.
Joe podszedł do półciężarówki. Słońce odbijało się od wypolerowanej, zielonej maski i cały wóz lśnił jak świąteczne światełka.
Mężczyzna wrzucił swoją wojskową torbę na pakę i wsiadł do kabiny kierowcy. Lubił ręczną zmianę biegów, zwłaszcza w tych starszych modelach aut, gdzie skrzynia jęczała i charczała, kiedy zmieniało się bieg. Takie samochody wydawały się nostalgiczne i Joe wolał je od dzisiejszych skomputeryzowanych SUVów. Prostota ma swoje zalety. Tego silnika żaden komputer nie zamuli.
Normalny gaźnik, który w razie potrzeby rozkręci się i naprawi na poboczu.
Joe pokiwał sprzedawcy i z rykiem wyjechał z komisu. Dokąd teraz? Na północ. Do Deep Haven. Pora odwiedzić Gabe’a.
Od ponad dziesięciu lat uchylał się od odpowiedzialności.
Ugłaskiwał brata listami, prezentami, a od czasu do czasu telefonem. Wiedział jednak, że nie może zwlekać już ani dnia dłużej.
Po piętnastu latach unikania zapadłej dziury Bóg zmuszał go do powrotu. Kiedy Joe w poprzednim tygodniu odwiedził porosły trawą grób matki, w pamięci rozbrzmiały mu ostatnie słowa, jakie do niego wypowiedziała: „Opiekuj się Gabem”. Próbował oponować, zracjonalizować wstyd. W końcu dotrzymał słowa. Ale wymówki smakowały gorzko, a poczucie winy, ta toporna siła napędowa, przypieczętowało jego los.
Był to winien matce – odwiedzić, jeśli nawet nie kochać, jej drugiego syna, dla którego poświęciła tak wiele. W końcu z rodziny Gabe’owi został tylko Joe. Bóg mu o tym przypominał, aż wreszcie Joe uległ. Teraz chciał wpaść, przywitać się, sprawdzić, czy dzieciakiem dobrze się zajmują, i zwiewać z miasteczka, aż się będzie kurzyło. A z pomocą Boską może też uda mu się rozwikłać mętlik, który stworzył, szwendając się bez celu przez ostatnie osiem miesięcy. Po wędrówce wzdłuż zachodniego wybrzeża i przez północną Kanadę nie miał się czym wykazać. Szefostwo nie musiało o tym wiedzieć – przynajmniej na razie. Niewiele trzeba, by namierzyli go w Deep Haven niewłaściwi ludzie, ale był o krok przed nimi i miał jeszcze wiele tygodni, nim będzie trzeba wywiązać się z obietnic.
Może, jeśli będzie trzymał oczy otwarte, krótki postój w sennym turystycznym miasteczku pozwoli mu wypełnić zobowiązania.
Albo przynajmniej będzie mógł wyczarować coś, co będzie można rzucić na pożarcie wilkom, które rządzą jego życiem.
Joe uchylił okno, jadąc na północ drogą I-35. Mignął drogowskaz: pięćdziesiąt kilometrów do Duluth. Nigdy nie zapomni pierwszej wyprawy na północ – wtedy pierwszy raz zobaczył Jezioro Górne. Miał jedenaście lat i był na zorganizowanym przez lokalny kościół biwaku na terenach kajakowych Boundary Waters.
Rześkie powietrze znad jeziora upoiło go, kiedy pierwszy raz je poczuł. Mieszanka zapachu sosen z wonią czystej wody i obfitego poszycia oszołomiła go tak bardzo, że na zawsze zmieniła bieg jego życia.
Eau Claire w stanie Wisconsin nagle wydawało się za ciasne.
Joe roznosił jego granice. Matka zapewne to wyczuła, bo gdy tylko skończył osiemnaście lat, bez słowa protestu pozwoliła mu odejść.
Pierwsze lato spędził sam, wędrując szlakiem Boundary Waters. Łowił palie, jadł dzikie jagody, a miłość do przyrody zalała jego duszę. Tego lata poznał Boga jako swego najlepszego przyjaciela, Zbawcę, Stwórcę, Pana. W ciągu piętnastu lat schodził pół świata, nosząc ze sobą te letnie miesiące.
Kiedy Joe wjechał na wzgórze górujące nad Duluth, poczuł głęboki zapach sosen i ujrzał ogromne Jezioro Górne, rozciągające się jak bezkresny błękitny koc, serce zaczęło bić szybciej w jego piersi.
Przez chwilę myślał, że może powrót nad North Shore ponownie zmieni jego życie, pozwoli mu wydobyć się z bezcelowej rutyny, w której ugrzązł na tak długo. Coś się musi zmienić i to szybko, bo inaczej dni jego wolności będą policzone.
Joe meandrował pickupem przez Duluth, aż zatrzymał się na lunch w przystani. Rzucił resztkę swojego chili doga mewom, które dreptały po trawiastym pagórku przed muzeum. Patrzył, jak pełnomorski roporudomasowiec prześlizguje się pod olbrzymim mostem podnoszonym, kierując się na Jezioro Górne i jeszcze dalej. Pomachał do grupy marynarzy pracujących na pokładzie.
Kilku odmachało. Było mu ich żal. Sam aż za dobrze znał samotne życie podczas długich miesięcy na morzu.
Koło południa Joe znowu był w drodze. Przez półotwarte okna w aucie ostry wiatr muskał jego krótkie, brązowe włosy. Mężczyzna położył rękę wzdłuż oparcia i zaczął gwizdać starą melodię, starając się nie zwracać uwagi na ucisk w piersi, który narastał, w miarę jak zbliżał się do Deep Haven. Czy Gabe go w ogóle pozna? Joe nie dziwiłby się młodszemu bratu, gdyby ten spojrzał tylko na Joego, po czym wyrzucił go na zbity pysk. Coroczne kartki, prezenty, a od czasu do czasu telefon nie mogły wypełnić przestrzeni, jaka powstała po śmierci matki.
Gabe nigdy jednak nie wydawał się urażony. Wszystkie jego starannie napisane listy wyrażały gotowość powitania Joego z otwartymi ramionami u Gabe’a w domu. Gabe przynajmniej miał dom, do którego mógł zapraszać. Joe domu nie miał, odkąd piętnaście lat wstecz spakował manatki i opuścił małe ranczo matki przy Linner Lane.
Zatopiony w rozmyślaniach o przeszłości, Joe niemal potrącił psa. Mignęła mu na drodze brązowa smuga, a że jechał sto kilometrów na godzinę, zdążył tylko wcisnąć hamulce i skręcić gwałtownie kierownicą. Na szczęście ruch był niewielki na tym słonecznym odcinku drogi. Joe skierował półciężarówkę do rowu i zakrył twarz rękoma. Serce miał w gardle i chwilę trwało, zanim wróciło na swoje miejsce.
Nagle zalała go fala przerażenia. Uderzył tego psa? Wyskoczył z kabiny.
– Hej, pchlarzu!
Ani śladu kundla. Droga za nim zawijała się wokół odległych poszarpanych klifów jak czarna wstążka. Obrzucił wzrokiem drugą stronę drogi. I tu nic. Joe włożył do ust dwa palce i zagwizdał. Nic brązowego się nie pokazało, nic nie skomlało w rowie. Wezbrała w nim ulga. Pies musiał pobiec do domu.
Joe wsiadł z powrotem do kabiny i wrzucił właśnie bieg, kiedy coś uderzyło o drzwi od strony pasażera. Zobaczył, jak dwie zabłocone łapy smarują jego i tak nie za czyste okno, a z uśmiechniętej psiej gęby zwisał na bok różowy jęzor.
– Cześć, mały – Joe przywitał psa, otwierając mu drzwi. Wielki, ciemnobrązowy labrador retriever z opadającym uchem wdrapał się do środka i wpatrzył w Joego orzechowymi oczami o ciężkich powiekach. Pies mocno dyszał i się ślinił.
– Brudzisz auto – powiedział mężczyzna z udawanym grymasem. Ostrożnie wyciągnął rękę. Pies się mu przyglądał, zamknął pysk i zaczął węszyć. Joe widocznie przeszedł test, bo kundel położył mordę na jego dłoni. Drugą ręką Joe energicznie podrapał psa w delikatne miejsce za uchem. Labrador jęknął radośnie.
– Nie jesteś przybłędą – orzekł Joe. – Jesteś czyimś kumplem.
Co ty tu porabiasz?
W lśniących, smutnych oczach psa czaił się głód.
– Zostań. – Joe wysiadł z kabiny. Zrobił tubę z dłoni i krzyknął w kierunku lasu:
– Ktoś tu zgubił psa? – Wiatr pochłonął jego słowa i tylko drzewa zaszumiały w odpowiedzi. Joe przeczesał ręką krótkie włosy. Nie mógł tak zostawić zwierzaka w lesie. Wsiadł do auta z powrotem.
– Do Deep Haven już niedaleko. Zobaczymy, czy ktoś cię tam pozna.
Pies rozsiadł się na siedzeniu i złożył wielką głowę na brudnych łapach. Westchnął głęboko.
– Czujesz się zagubiony, kolego? – Joe ruszył i rozpędził półciężarówkę do stówy, kładąc dłoń na zmierzwionym futrze psa.
– To tak jak my wszyscy.

 

Więcej informacji o książce "Długo i szczęśliwie" znajdziecie tutaj