Home Lifestyle Aneta Skarżyński „Albo się pogrążę, albo pojawi się na polskiej scenie coś nietuzinkowego”

Aneta Skarżyński „Albo się pogrążę, albo pojawi się na polskiej scenie coś nietuzinkowego”

maxresdefault

Aneta Skarżyński, polska artystka: śpiewaczka, malarka oraz pisarka – autorka powieści przygodowych, autorka projektu opera-painting show , którego premiera odbędzie się już 23 września w Legionowskim Miejskim Ośrodku Kultury, w rozmowie z Kingą Piwowarską opowiada o swojej drodze do stworzenia innowacyjnego projektu łączącego malarstwo i muzykę opera-painting show  „Od Baroku do POP’u”.

Jest Pani niezwykle utalentowaną osobą. Pani dzieła są doceniane nie tylko w Polsce, ale tez poza jej granicami. Jak rozpoczęła się Pani przygoda ze sztuką?

Przygoda ze sztuką rozpoczęła się w dniu moich narodzin. Gdy ujrzałam ten świat, tak się rozdarłam, że „drę się” do tej pory bardzo głośno i na różne sposoby. Żartuję, oczywiście, więc teraz będzie już nieco poważniej. Otóż jak większość dzieci marzyłam, a swe marzenia potrafiłam przekazać śpiewem czy namalować. Gdy nauczyłam się alfabetu – pasjami pisałam baśnie, zadręczając nimi babcię i panią z kółka aktorskiego. W chwili poznania nut i otrzymania podwalin gry na fortepianie – przerzuciłam się na komponowanie. Całe moje dzieciństwo spędziłam na wyrażaniu – poprzez muzykę: śpiew, grę na fortepianie, malarstwo i prozę – własnych marzeń. Dzieci z tego wyrastają, a mnie się nie udało. Co ciekawsze, czas mojego dzieciństwa i przepoczwarzania przypadł na schyłek epoki socjalistycznej, w której – delikatnie rzecz ujmując – nieszablonowości w zachowaniu nie promowano, tym bardziej nie nagradzano. Na domiar „złego” aktywnie uczestniczyłam w zajęciach koła aktorskiego i wyjeżdżałam z grupą na gościnne występy tu i ówdzie, co się wiązało z radosną dla mnie koniecznością opuszczania zajęć lekcyjnych. Wtedy to od mojej wychowawczyni otrzymałam łatkę „artystka ze spalonego teatru”.

Nie było lekko.

Ooo, nieee… Mało tego, gdy byłam nastolatką to za swoje kompozycje fortepianowe, które ośmieliłam się wykonać podczas egzaminu rocznego – wprawiając w osłupienie ciało pedagogiczne – zostałam z hukiem wyrzucona z ogniska muzycznego. Teraz się z tego śmieję, ponieważ wszelkie nieprzyjemności zaprawiły mnie w boju o realizację tego, co mi w duszy gra. Lekko nie było, to prawda, ale Opatrzność nade mną czuwała. W tym samym tygodniu zdałam egzaminy do liceum, w którym muzyka: śpiew, gra na fortepianie, a także plastyka – w szerokim ujęciu – stanowiły przedmioty zawodowe. W liceum dopiero zaczęłam marzyć! O studiach na kierunku wokalnym, aktorskim, plastycznym, a najlepiej – od razu na wszystkich jednocześnie. Rodzice załamywali ręce: co ze mną będzie po studiach i jak ja się utrzymam ze sztuki. Przepełnieni troską i nadmiernymi obawami wszelkimi możliwymi sposobami starali się mnie nakierować na zdobycie tak zwanego „normalnego” zawodu.

Ale Pani nie posłuchała?

Przeciwnie! Poszłam do Medycznego Studium Zawodowego. I przez jakiś kwartał wierzyłam, że będę dobrą pigułą, to znaczy pielęgniarką – położną. Jednakże Stwórcy nie idzie oszukać. Co najwyżej siebie samą. W tej szkole, niemal po przekroczeniu jej progu, zostałam wzięta do kółka aktorskiego przez wykładowczynię mikrobiologii i parazytologii – prywatnie niedoszłą aktorkę. Parę miesięcy później to właśnie ona, pomna na swój niegdysiejszy grzech zaniechania, nakłaniała mnie do podążania drogą sztuki. I gdy zaczęłam się ponownie zaprzyjaźniać z ową ideą, jak raz pojawiła się oferta nie do odrzucenia. Pod koniec pierwszego roku otrzymałam informację, jakoby dyrekcja rozpatrywała moje pozostanie w Studium Medycznym po jego ukończeniu – ale już jako wykładowcy jednego z przedmiotów. Stanęłam przed pierwszym poważnym dylematem: bezpieczeństwo czy wielka niewiadoma.

Trudny wybór.

Pomogło mi pewne traumatyczne wydarzenie podczas praktyk pielęgniarskich w szpitalu na oddziale internistycznym. Zaznaczam – był to bardzo trudny również okres w moim życiu prywatnym i od wielu tygodni trwałam w przedłużającym się stresie. Podczas przerwy śniadaniowej – nie wiedząc po co i dlaczego, lecz wiedziona jakimś wewnętrznym głosem – udałam się na ostatnie piętro szpitala. Wiedziałam, że nikogo nie zastanę w składowisku rupieci szpitalnych. Zobaczyłam kozetkę, na której zwyczajowo kładło się pacjentów. Taką zwyczajną metalową, obitą skajem w kolorze butelkowej zieleni. Położyłam się więc i zamknęłam oczy. Gdy ponownie je otworzyłam dotarło do mnie coś zdumiewającego – moje ciało znajdowało się poniżej wierzchniej warstwy kozetki. Wbrew prawom fizyki, jakie znamy. Zanurzałam się w kozetce milimetr po milimetrze i widziałam siebie, że zlewam się z kozetką. Niewidzialna energia, sekunda po sekundzie, wtłaczała mnie w materac. Ciało przenikało kozetkę. Wtedy otrzymałam wewnętrzny przekaz: umieram. Nie odczuwałam lęku czy paniki. Pojawił się natomiast żal, że uciekłam od miłości.

Świadomość odzyskałam w gabinecie zabiegowym, w którym czyniono jakieś zabiegi doprowadzania mojego ciała do życia. Usłyszałam słówko „zapaść”. Nie wiem, w jaki sposób znalazłam się ponownie na pierwszym piętrze, na internie. Podobno zostałam zauważona przez przypadkowo przechodzącą tamtędy lekarkę. Po tym doświadczeniu zrozumiałam, że nie ma odwrotu i nie cofnę się. Tydzień później zdałam egzaminy wstępne i dostałam się do wrocławskiej Akademii Muzycznej na Wydział Wokalno-Aktorski.

I Akademii Sztuk Pięknych.

To już kilka lat później. Będąc na trzecim roku studiów poznałam cudownego człowieka – plastyka, portrecistę. Zresztą po latach stał się bohaterem jednej z moich powieści, przez swą barwną osobowość, rzecz jasna. Dziś określam go zwrotnicą na drodze mojego życia. Miałam dwadzieścia trzy lata, on siedemdziesiąt trzy. Pół wieku różnicy nie przeszkodziło nam się zaprzyjaźnić. A połączyła nas wybitnie burzliwa przyjaźń, taka z piorunami. On pierwszy odkrył przede mną, że sztuka nie znosi ograniczeń, więc niech i ja ich nie powinnam czynić. Jeśli kocham operę czy operetkę, to doskonale, ale niech nie odchodzę od malarstwa, bo możliwe, że w przyszłości moją siłą stanie się łączenie pozornie odległych od siebie dziedzin sztuki. Okazał się wizjonerem! Pod jego okiem pojawiały się moje obrazy. Przed śmiercią podarował mi komplet farb „rubensówek”. Rarytas! Od 1989 roku już się ich nie produkuje. Te farby kilka lat później uratowały mi życie, ale to zupełnie inna historia. Tak czy inaczej wiele zawdzięczam temu człowiekowi. Do dziś czerpię z jego doświadczeń, mądrości i niebywałego humoru. One stały się dla mnie czymś w rodzaju artystycznego spadku po mistrzu i mentorze.

Malarstwo, literatura, a może muzyka? Która z dziedzin twórczych jest najbliższa Pani sercu?

Do tej pory było tak, że gdy śpiewałam – najbardziej ceniłam muzykę. Podczas pracy nad obrazami pupilem stawało się malowanie. Pisząc kolejny rozdział powieści – poza prozą nic innego dla mnie nie istniało. Może zabrzmi to nieco dziwnie, ale to muzyka pozwalała mi wyrazić się w malarstwie. Malarstwo dając poznanie zmysłowości muzyki, wpływało na jej interpretację, by móc swobodnie malować głosem. Zrozumienie praw muzyki i malarstwa przyczyniło się do „śpiewania i malowania prozą”. A wszystko to czyniłam z równą pasją. Przez całe dorosłe życie uprawiałam trzy dziedziny sztuki z osobna, traktując każdą z nich z należną jej atencją, aż do tej pory. Teraz to się zmieniło. Właśnie dojrzałam do syntezy.

od_baroku_600

Czy to zainspirowało Panią do stworzenia widowiska „Od Baroku do POPu”?

Po części tak, lecz głównie szalony impuls chęci przekroczenia granic, której wcześniej w pojedynkę nikt nie ośmielił się przekroczyć. I owe szaleństwo stało się sekundantem w pojedynku moich osobistych leków i pragnień. Po drugie, do realizacji pomysłu nie doszło z dnia na dzień, gdyż dojrzewałam do niego niemalże całe zawodowe życie, nabierając z roku na rok umiejętności. Długo biłam się z myślami, że już samo śpiewanie tak rozległego repertuaru przekrojowego od baroku do popu wydaje się obarczone ryzykiem i odpowiedzialnością, a cóż dopiero malowanie obrazu w trakcie śpiewania, skoro nad jednym obrazem pracuję najmniej kilka dni, czasem tygodni, a bywa że i miesięcy! Po przeanalizowaniu sprawy, pomyślałam sobie: raz kozie śmierć i… dorzuciłam do projektu spicze oraz czytanie fragmentów kilku moich powieści. Stwierdziłam tak: A. I choć w sztuce niby wszystko już było, bo miały miejsce wydarzenia, podczas których muzycy koncertowali, plastycy malowali, a aktorzy czytali teksty literackie, to nie wykonywała tego na scenie równocześnie jedna i ta sama osoba, w tym samym czasie.

A jaka jest jakość tego wykonania? Czy można doskonale śpiewać i jednocześnie poprawnie malować, a do tego opowiadać anegdoty, zakulisowe historyjki z życia geniuszy opery minionych wieków?

Dobre pytanie! Proszę przyjść na premierę i się przekonać. Do momentu prapremiery sama nie miałam pewności czy się nie spalę, nie pogrążę i czy moje ego znów nie wpuszcza mnie w maliny. W przeszłości – uczciwie przyznam, dało mi do wiwatu poprzez przerost formy nad możliwościami. Pocieszałam się wtedy, że jedynej rzeczy, której świat nigdy nie ma dość, to przesada. Zaryzykowałam. Dzień prapremiery wydarzenia opera-painting-show okazał się momentem zwrotnym w sprawach zawodowych. Zrozumiałam, że kluczem do wykonania trzech rzecz na raz jest akceptacja stresu, ponieważ w momencie silnego stresu dochodzi u mnie do fascynującego zjawiska – rozciągania czasu. Tak się stało podczas prapremiery. Popłynęła energia i nawiązała się fantastyczna relacja z publicznością. Na tyle, na ile byłam w stanie obserwować audytorium, zauważyłam niekłamane wzruszenie w twarzach poszczególnych odbiorców, „świeczki” w oczach pań, skupienie panów, poruszenie wrażliwych na muzykę i specyficzne reakcje – od zaskoczenia po obrzydzenie – na przytaczane przeze mnie historie o nietuzinkowych postaciach z historii sztuki.

Czy Pani zdaniem coraz mniej ludzi obcuje ze sztuką? Jak to wygląda w przekroju pokoleniowym?

Moim zdaniem coraz więcej ludzi w różnym wieku – od juniora do seniora – obcuje ze sztuką, lecz najczęściej ze sztuką masową, nie zawsze na odpowiednim poziomie. I trudno się dziwić, bowiem opera, filharmonia są mało zrozumiałe. Ogólnie rzecz ujmując: język sztuki wyższej stał się językiem znanym tylko nielicznym. A przecież lubimy to, co znamy. Czego nie znamy – nie lubimy, proste. Obawiamy się własnego niezrozumienia i niewiedzy, co jest sprawą zupełnie naturalną. Człowiek boi się tego, czego nie zna. I teraz nasuwa się pytanie: jak i gdzie ma poznać czy polubić, skoro ze szkół podstawowych usunięto wychowanie muzyczne, wychowanie plastyczne, zajęcia praktyczno-techniczne, a przedmioty tak bardzo rozwijające potrzeby duchowe zastąpiła raptem jedna godzina „wiedzy o kulturze”. Stare porzekadło „czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał”, tu sprawdza się najpełniej. Po latach taki niedouczony Jaś idzie w świat. I gdy zostaje mianowany decydentem w instytucji kultury, bywa, że nie rozróżnia klucza wiolinowego od tego do wychodka! I dla odmiany na tak zwanym zachodzie w dobrym tonie jest obcowanie nie ze sztuką kreowaną przez masmedia, a ze sztuką wysoką. Przedstawiciele elit, a w ślad za nimi pozostali „aspirujący do towarzystwa” udają się na premierę do opery, teatru na koncert do filharmonii, wernisaż do galerii, czy na spotkanie z autorem. W Polsce z roku na rok powolutku sytuacja się poprawia, choć nadal jest to kawał ugoru do zaorania. W tym też znajduję niszę dla siebie.

Do kogo skierowany jest Pani performance?

Do każdego. Performance dedykuję wszystkim bez wyjątków, ale najchętniej anty-melomanom oraz tym, którzy – podążając stereotypami i uprzedzeniami – nigdy jeszcze nie dotarli do opery ani galerii. A że projekt jest czymś nowatorskim, czego jeszcze nie było w tym kształcie na europejskim rynku artystycznym, jestem pewna możliwości odmiany widza w postrzeganiu sztuki dotychczas mało zrozumiałej.

Czy Miejski Ośrodek Kultury w Legionowie to jedyne miejsce, gdzie będzie można zobaczyć opera-painting show?

Odpowiem inaczej. W dzisiejszych czasach sztuka polska nie za często sięga wysokiego C, mimo iż o niektórych wydarzeniach trąbi się w mediach publicznych na potęgę. Dlatego jeśli pojawi się wśród nawału „propozycji” COŚ naprawdę interesującego w wykonaniu uzdolnionych twórców (a nie celebrytów!) – warto udać się na spektakl poza Warszawę. W tym przypadku do Legionowa. Ktoś spyta: „Po co, skoro wszystko mam pod nosem w Warszawie?”. Powodów jest wiele, ja podam kilka. A choćby po to, by zobaczyć TO, czego się w stolicy nie ujrzy. Po to, by docenić wysiłek ludzi szczerze oddanych sztuce, którzy nierzadko grywają za przysłowiową michę strawy, zanim staną się sławni. Po to, by dać szansę artystom jeszcze nieznanym lub tym mniej znanym. Po to, by wlać w serca osamotnionych w swej artystycznej walce nadzieję i dodać otuchy. Jednak głównie po to, by oderwać się od swego poletka i pobyć chwilę w innym wymiarze rzeczywistości… Dlatego zapraszam na premierę do Legionowa 23 września br, na godzinę 18.00. Wstęp wolny, ale na zaproszenia – do pobrania w MOK Legionowo za potwierdzeniem przybycia. Terminy kolejnych przedstawień – niewykluczone – również poza Stolicą, będę sukcesywnie podawała w aktualnościach na swojej stronie internetowej.